Parafia św. Franciszka z Asyżu

Chorzów - Klimzowiec

swiety franciszek kosciol parafia sw franciszek kosciol wnetrze

Nagrodzony w konkursie Duszpasterstwa Ministrantów artykuł Krzysztofa Brommera

Zakończyła się I edycja konkursu organizowanego przez Duszpasterstwo Ministrantów Archidiecezji Katowickiej, mającego wyłonić spośród ministrantów najlepszego twórcę artykułu użytkowego, która miała wypromować osoby uzdolnione literacko, pragnące spróbować swych sił w pisaniu artykułów. W kategorii Liceum zwyciężył ministrant naszej parafii Krzysztof Brommer. Gratulujemy i zapraszamy do przeczytania nagrodzonego artykułu.

Wspomnienia i przemyślenia doświadczonych ministrantów. Rola służby w ich życiu z perspektywy weterana, zwłaszcza w roku Eucharystii.

Służba nie drużba...

Ministrantem jestem od ośmiu lat. Zaczynałem, gdy byłem w szkole podstawowej, a teraz studiuję. Osobiście uważam, że te 8 lat to z całą pewnością spory okres czasu. Wiem i znam ministrantów, którzy służą przy ołtarzu dużo dłużej. Jednak mój okres bycia ministrantem jest znaczącym rozdziałem mego życia. W temacie jest użyte słowo weteran. Na pierwszy rzut oka, wydaje się użycie tego słowa za niezbyt trafne. Weteran kojarzy się nam raczej z wojną, okrucieństwem, cierpieniem, ale i bohaterstwem. Bardzo często także z kimś starszym. Jednak, gdy bliżej przyjrzymy się służbie ministranta, to zauważymy, że konfrontuje się on z podobnymi problemami, jak żołnierz. Czasami jest mu trudno, załamuje się i ma dosyć, ale to mija. O tym jednak napiszę później. Teraz o początkach.

Rzeczą banalną i oczywistą wydaje się taki podział: przez większość czasu zdobywamy doświadczenie i przeżywamy coś, aby później to wspominać i dochodzić do przemyśleń. Tak właśnie jest z ?karierą? ministranta. Używam słowa kariera bardzo niechętnie, gdyż przecież robię to dla Boga i nie musi to być efektowne, lecz efektywne. Niestety znam takie przypadki ministrantów, którzy uważali Eucharystię za okazję do pokazania się.

Najwięcej wspomnień dostarczają mi pierwsze kontakty ze służbą ołtarza. Pamiętam, gdy zostałem kandydatem, jak podniecenie i uczucie czegoś wielkiego towarzyszyło mi już przy przymierzaniu komży. A to miały być dopiero początki. Dziś zdaje sobie sprawę, skąd ten silny przypływ emocji się wziął. Od małego zawsze na Mszy Świętej siedziałem w ławce z mamą. Oglądając to wszystko, co się działo na ołtarzu i wokół niego, miałem wrażenie, że to jakiś inny, trudno dostępny świat. Dlatego, gdy znalazłem się po drugiej stronie czułem cudowność tego, co się dzieje. Pamiętam ten szok pierwszej Mszy Św. przy ołtarzu. Przecież niedawno byłem tam gdzie te tłumy ludzi, a teraz jestem tak blisko Pana Boga. Każda Msza Św. była czymś wyjątkowym. Poznawanie kolejnych tajników służby liturgicznej, było niesamowita sprawą. Niestety wraz z wiekiem i nabywanym doświadczeniem, przeżywanie Mszy Św. zmieniło się i można powiedzieć spowszedniało. Niestety. Jakie uczucia panowały we mnie w pierwszych latach ministranctwa? Z całą pewnością duma, szczęście, radość i poczucie wyjątkowości.

Rok ten poświęcony jest Eucharystii, ma ona także główne miejsce w życiu ministranta. Choć służba składa się z wielu elementów np. nabożeństwa, zbiórki, pielgrzymki, wycieczki itp., to jednak najważniejsza jest Msza Św. Można powiedzieć, że tak jak ona jest podzielona, tak samo funkcje ministranta są podzielone i poznaje się je stopniowo. Najpierw ma się dzwonki, gong, przynosi się dary. Później ma się kadzidło, czyli obcuję się bliżej Chrystusa. Na końcu ma się możliwość śpiewania i czytania na Mszy Św., czyli Liturgii Słowa. Głoszenie Słowa Bożego, jest już namacalną funkcją przekazywani nauk Jezusa innym wiernym. Wracając do Eucharystii, problemy może czasem sprawiać Msza Św. wcześnie rano, u nas jest o 630. Ciężko wtedy skupić się na tym, co się dzieje, gdy wolałoby się leżeć w ciepłym łóżeczku. Jednak właśnie to jest wyzwaniem, a jeśli udaje się wstać co tydzień i służyć Bogu rano to duży plus i powód do dumy. Tak jak wcześniej napisałem fascynacja Mszą Św. przemija, służby powszednieją. Zwykłe tygodniowe Msze Św. nie są już czymś wyjątkowym, jak to było na początku. Starsi ministranci wykonują większość zadań automatycznie. Nie jest to z pewnością dobra rzecz, ale niestety tak jest, ze mną oczywiście też. Na szczęście jednak są wydarzenia, w roku liturgicznym, które przykuwają uwagę i są czymś wyjątkowym nadal. Chyba najbardziej oczekiwaną i lubianą Mszą Św. w naszej parafii, ale pewnie i w innych także, jest Pasterka. Oprócz tłumów w Kościele, także i przy ołtarzu jest tłoczno. Wtedy zjawiają się prawie wszyscy ministranci. Pojawiają się Ci, którzy chodzą regularnie na swoje służby, ale także ministranci, którzy mają wiele opuszczonych służb i, którzy pojawiają się sporadycznie. Może właśnie to jest jednym z czynników tej magicznej nocy? W ten dzień, a właściwie noc, ludzie są milsi i nawet nawracają się w pewnym stopniu.

Jednak dla mnie, najwięcej przeżyć i emocji dostarczają obchody Triduum Paschalnego. Święta Wielkanocne, jak i Wielki Tydzień są najważniejszym świętem w roku liturgicznym. Z punktu widzenia ministranta, Wielki Czwartek, Piątek i Sobota to trudne, ale zarazem ciekawe obrzędy. Każdy dzień jest inny, składa się z różnych części, wymagających wykonania wielu zadań. Jednak pomimo tego, obrzędy te mają swoją niepowtarzalną atmosferę i są dla mnie czymś wspaniałym. Z pewnością kilka scen co roku, głęboko zapada w pamięć. Dla mnie jedną z takich chwil, jest moment przenoszenia Ciała Chrystusa do Ciemnicy, gdy cichy śpiew przerywany głuchym dźwiękiem kołatek, sprawia nastrój refleksji i zadumy. Także Wielki Piątek dostarcza mi wiele rzeczy do przemyśleń. Na przykład wszystkie pieśni w tym dniu są nasycone smutkiem, delikatnością i refleksją. Naprawdę trudno wtedy myśleć o czymś innym, przyziemnym. Najbardziej wzruszającym i podniosłym wydarzeniem jest dla mnie moment całowania krzyża z Panem Jezusem. Tylko kapłani i liturgiczna służba ołtarza dostępują tego zaszczytu w trakcie obrzędu, wierni mogą to uczynić po jego zakończeniu. Właśnie wtedy, każdy z nas, ministrantów, pada po kolei na kolana i całuje przebity bok Jezusa. Uważam, że właśnie wtedy idea tego, co robimy, czyli służby dopełnia się w sposób doskonały. Byliśmy służącymi Boga, byliśmy najbliżej i teraz mamy możliwość jako pierwsi Go uczcić. No i na koniec ważnym wydarzeniem jest Niedziela Wielkanocna, gdy z uśmiechem na twarzy, bardzo wcześnie rano, podążamy do Kościoła, by za chwilę ogłosić światu, że Chrystus zmartwychwstał!

Jak widać życie ministranta złożone jest z wielu faz, dopiero po jakimś czasie można sobie zdać z wielu rzeczy sprawę. Służba wymaga, poświęcenia, odłożenia przyjemności na bok. Jednak niesie to ze sobą również profity. Nie tylko te materialne, jak np. nagrody, wycieczki, lecz także te wyżej opisane przeze mnie, czyli możliwość bycia tak blisko Boga i przeżywania wspaniałych chwil, choćby podczas Triduum. No i oczywiście ostateczna nagroda czeka nas u Tego, któremu służyliśmy, czyli u Boga.

Krzysztof Brommer, Parafia Św. Franciszka - Chorzów Klimzowiec
Pracę rekomenduje nasz opiekun O. Hiob Środowski OFM